1. O marzeniach 2. Tolerancja - spór o definicje czy próba zrozumienia? 3. Filozofia - nowe pytania? 4. Remscheid. 5. Eksperymenty na ludziach. 6. Ronneby - "Krzemowa Dolina" w Szwecji. 7. Czy patriotyzm jest nam do czegokolwiek potrzebny? 8. Analiza wiersza :) 9. Bałkany - artykuł polemiczny. Pisany w czasie bombardowania Jugosławii.
|
|
Z zainteresowaniem przeczytałem - w "Gazecie Wyborczej" - artykuł Susan Sontag na temat wojny na Bałkanach. Wnikliwy, przemyślany mądry. Napisałbym, ze przeczytałem go z wielką przyjemnością gdyby można było odczuwać przyjemność czytając o rzeczach strasznych, o tragedii ludzi i narodów. Tragedii, które nie tylko rozgrywają się teraz, ale które - w tym rejonie geograficznym - rozgrywały się często także w przeszłości. Pomimo wszystko w wielu sprawach nie mogę się z Autorką zgodzić. Tragiczny jest los mordowanych Albańczyków. Społeczność międzynarodowa mogła i powinna coś zrobić w tej makabrycznej sprawie. Nie zrobiła. Dla mnie naloty NATO to kolejna tragedia. To nie jest działanie społeczności międzynarodowej, lecz działanie grupy państw, które toczą wojnę z Serbią bez sankcji ONZ. Po to jest organizacja Narodów Zjednoczonych aby dbała o interesy wszystkich państw w niej zrzeszonych oraz regulowała wszystkie sprawy globalne. Po to jest Rada Bezpieczeństwa, aby świat był bardzie bezpieczny. Podczas trwających bombardowań bezpieczny jest mniej niż zwykle. To żaden argument, że Rada Bezpieczeństwa jest sparaliżowana przez veto Rosji lub Chin. Po to potrzebna jest zgoda wszystkich członków, aby nie dochodziło do konfliktów pomiędzy mocarstwami atomowymi. Można po pijanemu wywołać i przegrać wojnę z Czeczenią, ale można także nacisnąć parę guzików w obronie honoru i godności własnego narodu lub tylko własnej fasadowej mocarstwowości. Jeśli NATO pominęło ONZ to znaczy, że świadomie wystawiło bezpieczeństwo międzynarodowe na próbę. To znaczy, że uznało się za ważniejsze i silniejsze niż pozostałe kraje. Uznało, że może samo, w oparciu o własną ocenę sytuacji, wymierzać tak zwaną sprawiedliwość. Susan Sontag uważa że są wojny mniej i bardziej sprawiedliwe. Twierdzi, że naloty NATO to wymiar sprawiedliwości. W takim wydaniu sędzia jest jednocześnie obrońcą, prokuratorem i katem. Naród serbski nie jest jakimś szczególnie krwiożerczym narodem, chociaż w świetle realizowanych od lat czystek etnicznych tak to wygląda. Każdy naród ma takie same predyspozycje do ludobójstwa. To splot różnych czynników powoduje, że władzę ma Hitler, Stalin, Dżingis Chan lub Miloszevic. W historii prawie każdego narodu są rzezie na większą lub mniejszą skalę. Nie ma narodów o szczególnych predyspozycjach do roli kata sąsiadów lub własnych mniejszości. Serbowie nie są pierwsi i chyba niestety nie będą ostatni. Tego uczy historia ludzkości. Nie ma wojen sprawiedliwych. Każda wojna jest niesprawiedliwa do cna. Przyczyna wybuchu może być bardziej lub mniej szlachetna, ale samo okrucieństwo wojny, która wciąga w swój wir ludzi, którzy chcą normalnie żyć i nie brać udziału w strzelaniu po żadnej za stron jest niesprawiedliwością na którą żaden naród nie zasłużył. Ani mordowani przez Serbów Albańczycy, ani polegli serbscy cywile, ani ci którzy co prawda nie zginęli lecz stracili dach nad głową i możliwość normalnego życia w centrum cywilizowanego świata pod koniec XX wieku. Interwencja w Kosowie to nie europocentryzm, ale gra interesów. To wygrywanie wszystkiego co da się wygrać w sensie politycznym, militarnym i gospodarczym. Albańczycy i Serbowie to tylko dobra okazja do przejęcia władzy nad światem. Zgodziłbym się ze wszystkim tezami Susan Sontag, gdybym wierzył w szczerość intencji które spowodowały naloty. Nie wierzę. Nie wierzę, że Kosowo nie jest doskonałą okazją do przetestowania najnowszego uzbrojenia w innych niż piaski pustyń warunkach. Na przeciwniku który może stanowić pewne zagrożenie obronne, na przeciwniku, którego zawsze wspierała Rosja. Jest to więc także dobra - chociaż ryzykowna - możliwość przetestowania zachowania Rosji, podważania jej wiarygodności jako partnera, sprzymierzeńca i dostarczyciela broni. Nie wierzę, że nie chciano przy okazji - w boju - porównać samoloty i pociski, i helikoptery, i działa produkcji zachodniej z tymi produkcji wschodniej. Nie wierzę, że decyzji nie przyśpieszyły kłopoty Billa Clintona z Moniką Lewinski i że taka wojna nie jest doskonałą okazją do zmiany zainteresowań Amerykanów, na bardziej dla Prezydenta korzystne. Nie wierzę, że równanie z ziemią jugosłowiańskich miast, a przede wszystkim niszczenie infrastruktury gospodarczej nie jest zalążkiem przyszłych, dobrych interesów jakie będzie można tu zrobić, kiedy trzeba będzie "pomagać" w odbudowie. Nie wierzę, że Sojusz rzeczywiście wierzy, że zdesperowany, pozbawiony wody i prądu i komunikacji naród odsunie Miloszevica od władzy. Wierzę raczej w to, że wszystkie poprzednie wymienione przeze mnie akty mojej niewiary miały znacznie większe znaczenie niż ten wymieniony jako ostatni. Jest jeszcze w tej całej sprawie aspekt polski. Wstępowaliśmy do NATO jako paktu obronnego, a znaleźliśmy się w pakcie, agresywnym, nie liczącym się z ONZ i próbującym ją zastąpić własnymi decyzjami, a decyzje te wprowadzić w życie przy pomocy siły militarnej, w tym także żołnierzy polskich. Myślę że większość Polaków, która chciała abyśmy byli w NATO, myślała o sojuszu obronnym. Takim jakim NATO było kiedyś. Tu nie chodzi o niechęć uczestniczenia i brania odpowiedzialności za to, co Sojusz zrobi jeśli zaatakowano by kogoś z jego członków, ale o to, że żaden kraj członkowski nie został zaatakowany, a wszyscy członkowie nagle znaleźli się w stanie nieformalnej wojny. Usprawiedliwiona byłaby akcja przeciwko Serbii, gdyby ta zaatakowała na przykład Turcję lub nawet Albanię i gdyby ta poprosiła NATO o pomoc (ale wcześniej jednak powinna się zebrać Rada Bezpieczeństwa ONZ). Nie ma żadnego wytłumaczenia i usprawiedliwienia dla ludobójstwa jakiego dopuszczają się Serbowie na Albańczykach. To zbrodnia, której winnych należy osądzić, skazać i wykonać wyrok. Ale to NATO odpowiedzialne jest za rozprzestrzenianie się konfliktu. Za jego umiędzynarodowienie. To NATO stanowi zagrożenie dla ludzkości, bo to jego pociski trafiają w cel z dokładnością do jednego państwa. To jego piloci nie rozróżniają dzielnicy mieszkaniowej od koszar wojskowych, pustego mostu od mostu z przejeżdżającym pociągiem, a nawet albańskich uchodźców od kolumny wojsk serbskich. Ludzie którzy zginęli z ręki NATO także nie żyją. Ich najbliżsi także cierpią. To nie jest wojna sprawiedliwa. Polegli leżą w tej samej ziemi. To żywi nadal się kłócą po której stronie jest racja. Autorka sugeruje, że granice państw są po to, aby je zmieniać. Bardzo groźna teza. Znowu powołam się na historię. Większość zmian granic zawsze miała krwawy przebieg. Nie tylko w czasach zamierzchłych, ale także tu i teraz, w samym centrum Europy. Wiemy to także my Polacy. Nic się nie zmieniło. W czasach trudnych ludzie kierują się dość niskimi instynktami. Państwa także. To moje i nie rusz! W obronie swojego terytorium stają nawet najsłabsi. Walczą nieraz z przeciwnikiem znacznie od siebie silniejszym. Także wtedy, kiedy znaczna część narodu ginie. Myślę, że nie wolno tak łatwo szafować argumentem granic. Autorka za groteskowe uważa porównywanie i stawianie znaku równości pomiędzy ofiarami bombardowań NATO, a ludźmi masowo mordowanymi w wyniku czystek etnicznych Miloszevica. Tak można myśleć kiedy się wyjdzie "od ogółu do szczegółu". Jeśli się z góry założy, że bombardowanie to jedyny skuteczny (nieskuteczny jak się okazało) sposób na zatrzymanie ludobójstwa to rzeczywiście te cywilne ofiary po stronie Serbów, te pomyłkowe ofiary po stronie Albańczyków, te prawie ofiary w Bułgarii i zbombardowanie ambasady Chin to drobiazg, szczegół, który zaistnieć musiał, przy tak dużych działaniach militarnych. Ja jednak patrzę od "szczegółu do ogółu", co jak się okazuje daje całkiem inny obraz i prowadzi do odmiennych wniosków. Kiedy spojrzymy na ciała zabitych. Wszystko jedno czy Albańczyków, czy Serbów to widzimy ludzką tragedię. Widzimy do czego są zdolni ludzie i powinno nam być wstyd, że w swoim małpim rozwoju stale się cofamy. Czy "człowiek" to rzeczywiście brzmi dumnie? Wątpię. Otóż jeśli spojrzymy z tej strony, to nie widzimy groteski lecz widzimy jak nad ciałami zabitych unosi się polityka, interesy, dążenia do dominacji. Taka jest ta wojna, której nie ma, bo nie została wypowiedziana. Zgadzam się z Susan Sontag przede wszystkim z tym, że ta wojna została spartaczona. Przede wszystkim dlatego, że ją rozpoczęto. A także dlatego, że testy broni wypadły źle. Czymś takim nie można szybko wygrać. Helikoptery rozbijają się podczas ćwiczeń. Niewykrywalne samoloty są zestrzeliwane. Pociski lecą do innego państwa. Jakie atrakcje jeszcze przed nami? Być może Autorka ma rację. Nie czuję się kompetentny w tak skomplikowanej sprawie. Myślę, że w pełni kompetentnych w tej sprawie po prostu nie ma. Przedstawiam tylko swój punkt widzenia. Każdy w końcu ma własny. Zastanawiam się co można było zrobić, aby zatrzymać ludobójstwo nie wprowadzając odpowiedzialności zbiorowej serbskiego narodu i nie rozprzestrzeniając wojny. Myślę, że można było wykorzystać ten oręż jaki stanowi prawo międzynarodowe, ten autorytet jaki ma ONZ, te naciski ekonomiczne, które dopiero teraz są stosowane. Wojna jest czymś najgorszym co człowieka może spotkać, bez względu na to do jakiego narodu należy. Wojna powinna być ostatecznością. Tym razem zaczęto od końca.
|
| © Henryk Brunon Szumielski - wszelkie prawa zastrzeżone. Webdesign: Mateusz Szumielski 2005. |